Cudowny dzień…

Październik 1, 2009

Wstałem rano. Za późno. Bez śniadania biegiem na przystanek. Automat biletowy zeżarł moje cudem wygrzebane z portfela 3 plny. Na maksymalnym wqrwie odpalam ostatnią fajkę. W tym momencie widzę nadjezdzajacy tramwaj. Wbijam się, przejezdzam dwa przystanki, kanary… Mandat, wysiadka… Stoję bez siana, bez fajek, z mandatem w dłoni, do roboty kawał drogi… Leje deszcz… W słuchawkach No Future – Sex Pistols… To będzie cudowny dzień…


Bottom